treść Giaura - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Głos skonał - odtąd milczą te pałace,
Wiatr tylko oknem otwartym kołace.
Lecz choć wiatr szumi, choć się nieba chmurzą ,
Już tu nikt okna nie zamknie przed burzą .
Cieszy się pielgrzym, gdy w stepach odkryje
Ślady na piasku, chociaż nie wie czyje;
Tu, gdyby ludzki jęk odbiły echa,
W jęku tym jakaś byłaby pociecha,
Ten jęk by mówił : «Nie wszystko skonało!
Jedno tu życie ludzkie pozostało».
Jeszcze w tych gmachach znalazłbyś wspaniałe
Izby i sale puste - dotąd całe.
Dach jeszcze cały, chociaż rak zniszczenia
Roztacza ciągle ściany i sklepienia.
Lecz Zgroza siedzi przed bramą na straży,
Sam fakir do wrót zbliżyć się nie waży,
Derwisz ubogi nie przestąpi progu
Za chleb i za sól podziękować Bogu;
Nędza i Zbytek uchodzą na stronę ,
Nie powitane i nie ugoszczone;
Pałac, gościna wiernego narodu,
Stał się jaskinią zniszczenia i głodu.
Gość płacze dobrodzieja, płaczą słudzy pana ,
Od czasu gdy miecz Giaura ciął w turban Hassana.
* * *
Słyszę dźwięk z dala końskiego kopyta,
Jadą podróżni, lecz mnie nikt nie pyta.
Już bliżej - Turcy - już widzę turbany
I w srebrem kutych pochwach atagany .
Wódz ich na przedzie w bogatym zawoju,
Zapewne emir, bo w zielonym stroju .
«Ho! kto ty?» - «Salem! waszej jestem wiary,
Emirze; widzę , że wieziesz towary;
Widzę , że wór twój jest ciężko ładowny,
Ostróżnie wieziesz - musi być kosztowny.
Może do portu śpieszysz dla noclegu? -
Jestem przewoźnik - mam łódkę u brzegu».
«Zgoda - rzekł emir - pośpieszaj, czas nagli,
Odbijem cicho, nie rozpinaj żagli,
Niech leżą zwite; wiosłami uderzaj
I szybko, cicho podnad brzegiem zmierzaj,
I wie ź nas prosto pomiędzy opoki,
Tam, na sam środek najgłębszej zatoki. -
Teraz odpocznij - dobre masz ramiona,
Podróż i zręcznie, i prędko skończona.
Lecz ona - zacznie podróż dalszą , z której...»
Rzucili w wodę -
Ciężko plusnęło - i powoli tonie -

Rozstąpiły się wkoło szklane błonie,
Zważałem ciężar: dziwnie mi się zdało -
Ruszył się - pewnie morze nim ruszało.
Może to było księżyca błyśnienie,
Nagle odbite o morza przestrzenie;
Patrzyłem ciągle, i wodne obręcze
W mniejsze i węższe ściskały się tęcze,
Jakby ich środkiem kamień przepadł do dna;
Na koniec w środku wyszła bańka wodna -
Perłowe kółko - błysnęło - przepadło.
Znowu zatoka gładka jak źwierciadło.
I tajemnica usnęła w topieli -
Genijuszowie morscy ją widzieli,
Lecz, drżąc z przestrachu. w swych domach z korali,
Nic o tym z żadną falą nie gadali.
* * *
Jak król motylów, za wiosny powrotem ,
Na skrzydłach jasnych purpurą i złotem
Znad szmaragdowej Kaszemiru błoni
Wzlatuje, dzieci wabiąc do pogoni,
I z ziół na zioła, i z kwiatów na kwiaty
Ciągnie myśliwców, i myli ich czaty,
Wreście uleci i niknąc w obłoku
Zostawia żałość w sercu i łzy w oku:
Podobnie piękność wabi starsze dzieci,
Tak bystro lata i tak wdzięcznie świeci,
To łowców trwoży, to nadzieją mami,
Gonią wesoło - łowy kończą łzami.
Lecz jeśli w ręce myśliwemu wpada,

I motylowi, i piękności biada!
Chcąc uciec darmo skrzydełka natęża,
Igraszka dziecka lub ofiara męża.
Cacko, za którym żądza chciwie goni,
Straciło urok, gdy je mamy w dłoni -
A gdy wdzięk barwy i świeżość przeminie,
Rzucim, niech leci - lub samotnie ginie.
Gdy skrzydła zranisz, gdy serce zakrwawisz,
Czyli ofiarom swobodę zostawisz?
Motyl odartym skrzydełkiem czyż może
Latać jak dawniej z fijołków na roże?
Z pięknością , w jednej uwiędłą godzinie,
Czyż razem pokój na wieki nie zginie? -
Zgraja motylów, co pod niebem lata,
Nie szuka w dole zranionego brata.
Płeć piękna dla nas ma litości tyle,
Lecz dla płci własnej ma serce motyle!
Piękność nad każdym nieszczęściem łzy leje,
Nad sióstr upadkiem - tylko się za śmieje.
* * *
Dusza brzemienna zbrodni swych ciężarem
Jest jak skorpijon opasany żarem ;
Krąg coraz mocniej zwęża się i błyska,
I więźnia coraz gwałtowniej dociska,
Aż gdy go zewsząd na wylot przepieka,
Skorpijon cierpi, dąsa się - i wścieka.
Jeden mu został sposób wyjść z pożogów:
Ma żądło, które wyostrzył na wrogów,
Które trucizną pewną rany poi,

Jeden ból zada i wszystkie wygoi,
To żądło więzień topi w głowie swojej.
Podobnie dusza zła kona w cierpieniach
Lub żyje jako skorpijon w płomieniach.
Bo kiedy ludzi zwiąże pamięć zbrodni,
Światu niezdatni, a nieba niegodni,
Rozpacz nad nimi, pod nimi noc gruba,
Wkoło płomienie - a w pośrodku zguba.
* * *
Ponury Hassan z haremu ucieka,
Pieszczot, widoku kobiet się wyrzeka.
On w lasach trudy myśliwców podziela,
Ale nie może dzielić ich wesela. -
Dawniej polować nie miał we zwyczaju,
Póki Leila mieszkała w seraju.
Dziś , czy Leila uszła? czy nie żyje? -
Hassan wie tylko, lecz sam w sobie kryje.
Różne powieści krążą między gminem -
Słychać , że uszła z Wenecyjaninem.
W dzień Ramazanu, gdy zapadło słońce,
A z minaretów jasnych lamp tysiące
Bajram na całym obwieściły Wschodzie,
Leila poszła kąpać się w ogrodzie
I nie wróciła - szukano daremnie.
Mówią , że z Giaurem zeszła się tajemnie,
Wsiadła z nim na koń za pazia przebrana
I w noc Bajramu zbiegła z państw sułtana.
Od dawna Hassan miał ją w podejrzeniu;
Ale w jej oczach i w jej uściśnieniu
Tyle wyczytał miłości i wiary,
Że znowu brance zaufał pan stary.
Wieczorem poszedł w meczet na pacierze
I w noc Bajramu jadł w kiosku wieczerzę .
Tak powiadali czarni niewolnicy,
Niewierni pańskich haremów strażnicy.
Lecz inni głoszą , że gdy padł mrok szary,
Przy bladym świetle wschodzącej Fingary
Widziano Giaura na czarnym rumaku
W cwał lecącego po nadbrzeżnym ślaku,
Z cuglem spuszczonym, skrwawioną ostrogą,
Lecz nie wiózł panny ni pazia - ni kogo.
* * *
Oko jej czarne - i któż się ośmieli
Wzrok ten malować ? - te oczy gazeli
Wielkie i słodkie, ciemne i błyszczące!
Dusza z nich mówi przez iskier tysiące,
Które ze źrenic lecą przezroczystych
Jako z Dżemszyda rubinów ognistych .
Dusza z nich mówi! Wbrew słowom Proroka,
Że "postać niewiast jest ziemi powłoka" -
Allachu! dusza mówi z tego oka!
I choć bym w drodze ku lepszemu światu
Przechodził ostre mosty Alsyratu ,
Wisiał nad piekła ognistym potokiem
I cały rajski ogród miał przed okiem,
I w nim wabiące hurysy dziewice,
Powiem: kto widział Leili źrenice,
Ten Alkoranu nauk nie usłucha!

Czyż taka piękność jest prochem bez ducha?
Jest cackiem, z którym bawi się , mężczyzna? -
Niech na nię spojrzy sam mufty, a wyzna,
Że nie śmiertelność wygląda z jej źrenic.
Na jej obliczu cudowny rumieniec
Wiecznym i świeżym błyszczy się szkarłatem,
Jakby granatów posypany kwiatem.
Jej włosy jako hijacynty płyną ;
Gdy okolona rówiennic drużyną
Stanie, nad wszystkie głową wyniesiona,
I da warkoczom płynąć przez ramiona,
Włosem zamiata ślad swój na marmurach,
Ślad nóżki bielszej niźli śniegi w górach,
Kiedy z rodzinnych obłoków wylecą
I ziemią jeszcze nie skalane świecą .
Jako monarcha ptaków Frangestanu ,
Łabędź , podnosi głowę z oceanu
I pysznie skrzydłem uderza po fali,
Skoro dostrzeże podróżnika w dali:
Z taką powagą ona zwraca głowę
I śnieżne ramię , i piersi perłowe,
I z taką piękną dumą wzrokiem miota,
Gdy na nię oczy śmie zwrócić pustota.
Cofną się , blasku wytrzymać nie mogą ,
Pochlebiać chciały, upadają z trwogą .
Jak była oczom piękną Gruzyjanka,
Tak miała serce czułe dla kochanka.
Kochanka? Któż jej kochanek? - Hassanie,
Ty nim nie jesteś , dziki muzułmanie!
* * *
Ponury Hassan dał rozkaz podróży;
Oddział wasalów, co mu w dworcu służy,
Jak orszak i straż pojedzie za panem;
Każdy z janczarką , z łukiem, z ataganem.
Hassan sam zbrojny jedzie na ich czele,
Zwiesił na pasie krzywą karabelę ,
Wypróbowaną na albańskich głowach,
Kiedy raz zbójców napotkał w parowach
I tak rozgromił muzułman zwycięski,
Że ledwie kilku uszło z wieścią klęski.
Za pas dwa zatknął , bogato oprawne
W perły i w złoto, pistolety sławne:
Hassan przed laty dostał je od baszy,
Ich widok zbójców i wabi, i straszy.
Mówią , że Hassan jedzie pojąć żonę ,
Pocieszyć znowu serce zakrwawione
Zdradą Leili, co uszła z haremu
I dziś , o zgrozo! służy niewiernemu.
* * *
Ostatnim blaskiem zachodniego słońca
Złocą się góry i kaskada grzmiąca,
Żywiona czystym i świeżym gór śniegiem.
Tu często kupiec Grek staje noclegiem,
Znajdując pokój w ustroniu głębokiem
Pewniej niż w mieście pod swych panów bokiem;
Tu się nie lęka o całość swej skrzyni;
W miastach niewolnik, wolny na pustyni.
Tu wesół spróżnia czaszę pełną wina,

Którym się brzydzą usta moslemina.
Najpierwszy jedzie Tatar, wódz orszaku,
Z daleka widny po żółtym kołpaku,
Opodal konni ciasną jamy szyją
Po krętej ścieżce na skałę się wiją .
Nad nimi sterczą w górę czarne szczyty,
Gdzie sępy ostrzą dzioby o granity
I lecą na dół ; już zwietrzyli łupy;
Nim zajdzie słońce, będą świeże trupy.
U spodu rzeka, która w zimie bucha
Ogromną wodą , a w upały sucha
Nagie i czarne łono swe odsłania
I kilka kaskad srebrzystych pochłania.
Wokoło ścieżki kawały granitu
Leżą bez ładnie, strącone ze szczytu;
Czas je pospychał albo zbiły gromy.
Wierzch skały niknie we mgle niewidomy,
Bo żaden z ludzi czoła Lijakury,
W pogodę nawet, nie widział bez chmury.
Już w gaj wjechali i po kilku chwilach
Dojdą wierzchołka; już krzyczą : "Bismillach!
Tu już bezpiecznie, stąd już widać błonie;
Wkrótce w dół zjedziem, na wiatr puścim konie".
Gdy czausz tak mówił - ogień z góry błysnął ,
Nad uchem ołów niewidzialny świsnął ,
Tatar przewodnik wyleciał z kulbaki.
Ledwie czas mają zatrzymać rumaki,
Skoczyli z siodeł , janczarki odwiedli,
Ale trzech spadło pierwej, niźli zsiedli,

Z rąk niewidzialnych rany odbierają
I ginąc, darmo o zemstę wołają .
Dobyli szabel, na rumaków karkach
Na odwiedzionych wsparli się janczarkach,
Na półwciśnieni między końskie boki;
Inni uciekli pod ścianę opoki
I tam ręcznego czekają spotkania,
Nie lubiąc służyć za cel do strzelania
Wrogom, co bronią niewidzialną rażą ,
A wstępnym bojem spotkać się nie ważą .
Sam Hassan został ; z konia zsiąść nie raczy,
Spokojnie jedzie, aż z przodu obaczy
Blask ręcznej broni; rozbójników zgraja
Strzela wzdłuż drogi, z przodu się zaczaja,
I z tyłu słychać z janczarek łoskotu,
Że mu przecięto drogę do odwrotu.
Więc wściekły brodę od gniewu najeżył
I wkoło wzrokiem ognistym uderzył .
"Choć wrogi wkoło, choć gęste wystrzały,
Jam z krwawszych bitew nieraz wyszedł cały".
Zbójcy wychodzą , stają na skał szczycie:
"Rzucaj broń - krzyczą - komu miłe życie!" -
Ale Hassana oczy i rozkazy
Straszniejsze niźli nieprzyjaciół razy,
I z garstki szczupłej, ale wiernej panu,
Żaden nie rzucił swego ataganu
I żaden podle nie krzyknął : "Amanu! " -
Nieprzyjaciele coraz bliżej godzą ,
Razem ze wszystkich zasadzek wychodzą ,

A z gęstwi lasu dowódca orszaku
Leci sam przodem na dzielnym rumaku.
Któż ten dowódca? - strój nosi albański,
Ale miecz prosty, miecz to chrześcijański.
"Znam go, znam Giaura - wściekły Hassan woła -
Znam go, poznałem ze smagłego czoła,
Poznałem czarne, złowrogie źrenice ,
Jego nikczemnej zdrady pomocnice;
Konia czarnego znam, choć leci pędem,
Chociaż nakryty arnauckim rzędem.
Podły odstępco twojej podłej wiary!
Teraz cię turban nie zbawi od kary.
Gdziemkolwiek spotkał , w jakiejkolwiek chwili,
Dobrze, żem spotkał zdrajcę mej Leili".
Jak się wezbrana rzeka w morze leje
I morską burzę spotkawszy szaleje,
Łamią się fale, drżą opoki brzegu,
A nurty ryczą pod pianami śniegu:
Tak się spotkały wrogów zgraje obie,
Losem i gniewem gnane przeciw sobie;
Szable nad uchem grzmią , lecąc w kawały,
Huczą po skałach dalekie wystrzały;
Starcia się łoskot i karabel dźwięki,
Huk karabinów, konających jęki
Echo żałośne po dolinie szerzy,
Przywykłej tylko do śpiewów pasterzy!
Liczba niewielka, lecz bitwa straszliwa,
Nikt przebaczenia nie daje, ni wzywa.
Paro kochanków, mocne są twe sploty,

Gdy się ściskacie podzielać pieszczoty!
Lecz nie tak cisną miłości ramiona,
Gdy w nich spoczywa piękność ulubiona,
Jako się barki zwiążą nienawiśnie,
Kiedy wróg wroga ostatni raz ściśnie. -
Przyjaźń ostygnie, pieszczota się skończy,
Objęcia wrogów i śmierć nie rozłączy.
Z szablą po samą rękojeść uciętą ,
Krwią opryskaną i mocno ujętą
W sinej, od ciała odrą banej dłoni,
Co jeszcze drgała nie puszczając broni;
Obok turbana, którego zawoje
Miecz Giaura zerwał i przerznął na dwoje,
W deliji długiej, zmiętej, rozpostartej,
Od mnogich razów na sztuki podartej,
Zaczerwienionej jak chmury przed burzą ,
Gdy po dniu jasnym burzliwą noc wróżą ;
Krwią zlawszy piasek i gałęzie boru,
Gdzie wiszą szmaty jego palamporu ,
Z piersią przebitą i otwartą ciosom,
Barkami na wznak, twarzą ku niebiosom,
Tak leżał Hassan - oczy już zbielały,
Jeszcze otwarte, Giaura wyzywały.
Giaur stanął nad nim i w Hassana lice
Utopił równie straszne dwie źrenice.
"Tak! tyś pochował w falach mą Leilę ,
Jam cię pochował w czerwonej mogile.
Jej duch kierował mieczem; jej morderca
Uczuł raz pierwszy, co to jest ból serca;

Proroka wołał , ale nadaremnie,
Prorok twej głowy nie wyrwie spode mnie.
Allacha wołał , wiatr prośbę rozdmuchał ,
Allach nie słyszał albo nie wysłuchał ,
O psie pogański! czyż Opatrzność , głucha
Na krzyk Leili, twych krzyków usłucha? -
Zbójcą . zostałem! jeździłem na zwiady,
Aż w końcu zdrajca padł ofiarą zdrady,
Jam spełnił swoje, zemścił się nad tobą .
A teraz, dalej - w świat - jadę sam z sobą ". -
* * *
Na polu słychać brzęk dzwonków wielbłąda;
Matka w ogrodzie z altany wygląda.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Giaur - streszczenie
2  Oskarżam czy bronię Giaura? - rozprawka
3  Romantyczny indywidualizm Giaura



Komentarze: treść Giaura

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 





Streszczenia książek
Tagi: