treść Giaura - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Na łąkach błyszczy już wieczorna rosa,
Już ku wschodowi ciemnieją niebiosa
I rozniecają drżących gwiazd ognisko.
Już wieczór. - Hassan zapewne już blisko.
Matka stroskana zstępuje i bieży
Do swych haremów, i pogląda z wieży:
Nie widać ! nie zwykł jeździć tak pomału -
Nie zwykł popasać nawet w czas upału.
Nie przysłał darów ślubnych - czy się lenił ?
Czy konie strudził ? czy serce odmienił ?
Skarga niesł uszna. - Już Tatar posłaniec
Widny z daleka, już na skały kraniec
Wstępuje zwolna - już zjeżdża z urwiska
I wąwozami na dół się przeciska
Koń nic nie winien, koń pewnie z ciężarem,
Zapewneś lubnym objuczony darem.

Tatara mile przyjmę i nagrodzę
Za prędką jazdę po takiej złej drodze.
W bramie zsiadł Tatar, od siodła odpina
Juki niewielkie: czy to dary syna?
Na twarzy smagłej bladość : czy to smutek?
Czy podróżnego utrudzenia skutek?
Odzież spryskana krwi świeżej kroplami:
Może poranił konia ostrogami?
Rozwinął pakę - o aniele święty!
O Azraelu! to zawój rozcięty!
To syna szaty, całe krwią zbroczone!
"Pani, okropną twój syn pojął żonę ,
Mnie oszczędziły ręce poganina,
Bym ci pokazał krew twojego syna.
Legł śmiercią mężnych, pokój Hassanowi!
Przekleństwo wieczne zabójcy Giaurowi!" -
* * *
Turban w kamieniu prostym wyrzezany
I słup już dzikim zielskiem opasany,
Na nim z Koranu modlitwa wyryta,
Którą dziś ledwie podróżny wyczyta:
To cały pomnik w bezludnej ustroni,
Gdzie Hassan zginął od niewiernej broni.
Zacny Osmanlis; nikt między wiernymi
Przykładniej świętej nie nawiedził ziemi,
Nikt bardziej winem nie gardził wyklętym
I nikt pobożniej ku przybytkom świętym
Twarzy nie zwracał , gdy na świątyń dachu
Słyszał wołanie: "Illa-hu, Alla-hu!"

Z rąk cudzoziemca wziął śmiertelne rany
I śród ojczyzny leży jak wygnany,
Z dala od domu, na bezdrożu dzikiem;
Ani się pomścił nad swym rozbójnikiem.
Lecz duch Hassana już rajskie dziewice
Wiodą w rozkoszy wiecznej okolice,
Okiem błyskają ku niemu jak słońcem,
Wiecznie pogodnem i nie zachodzącem.
Biegą , zielone chustki wywijają ,
Pocałunkami rycerza witają ;
Bo raj rozkoszy zgotowany temu,
Kto zginął walcząc przeciw niewiernemu.
Lecz ty, niewierny! ciebie anioł śmierci,
Monkir, swą kosą rozerwie na ćwierci ,
Potem zawlecze na nowe katusze
Przed tron Eblisa twą przeklętą duszę .
Tam ogień , wiecznych męczarni narzędzie,
Ciało twe palić , w duszy goreć będzie;
Słuch nie obejmie, język nie obwieści,
Ile się piekła wewnątrz ciebie zmieści.
Lecz wprzód zostaniesz na ziemi upiorem
I trup twój, z grobu wyłażąc wieczorem,
Pójdzie nawiedzać krainę rodzinną ,
Powinowatych spijać krew niewinną .
Tam, na rodzeństwo własne zajuszony,
Wyssiesz krew swojej siostry, córki, żony;
Ścierw twój zasilisz cudzym życia zdrojem,
Chciwie pić będziesz, brzydząc się napojem.
A twe ofiary rozstając się z światem

Poznają , że ich ojciec był ich katem;
Przeklną cię , twoje usłyszą przeklęstwa;
I na pniu wyschnie szczep twego rodzeństwa.
Ostatnia twoja ofiara na świecie
Będzie twa córka, najmilsze twe dziecię ,
Ona konając krzyknie na cię : "Ojcze!" -
I krzyk ten ściśnie usta dzieciobojcze,
Ale ssać muszą , dopóki się żarzy
Ogień w źrenicach, rumieniec na twarzy;
Aż ujrzysz w końcu, jak szklana powłoka
Zamrozi, zaćmi ostatni blask oka.
Natenczas ręką przeklętą z jej głowy
Oderwiesz włosów warkocz bursztynowy;
Z tego warkocza pukiel darowany
Może na sercu nosi jej kochany,
A ty dziś w piekle złożysz jego szczątki,
Jak samobójstwa twojego pamiątki.
Krwią twoją własną , najmilszą ociekły,
Gryząc twe usta i zgrzytając wściekły,
Wrócisz się znowu pomiędzy grobowce;
A tam upiory, twoi współwędrowce,
Gule, Afryty, spotkają cię w mroku.
I oni twego zlękną się widoku,
I do podziemnych skryją się otworów
Spotkawszy widmo, brzydsze od upiorów.
* * *
Jak się ten zowie kalajor ponury ? -
Twarz mnie znajoma - raz go napotkałem
W ojczyźnie mojej; leciał między góry

Na dzielnym koniu, pominął mnie cwałem;
Leciał , jak tylko zdoła koń wyskoczyć ,
Oblicze jezdca ledwie mogłem zoczyć -
Lecz widać było z twarzy i wejrzenia,
Że go opętał duch złego sumnienia.
Nie chciałbym nigdzie zdybać takiej twarzy,
Bo złą jest wróżbą spotkanie zbrodniarzy.
I teraz strasznie wygląda ten człowiek,
Jak gdyby śmierć mu patrzyła spod powiek.
Sześć lat minęło, jak przybył w te strony.
Wszedł do klasztoru, czy światem znudzony,
Czy za grzech jakiś pokutę odprawia,
Ale przed nikim grzechu nie objawia.
Nigdy on w ławkach podczas mszy nie siedzi,
Nie chodził ani razu do spowiedzi,
Ani się kłania przed Bogarodzicą ,
Ani przed ołtarz idzie z kadzielnicą :
Dni całe siedzi zamknięty w ukryciu.
Nie wiem o jego przygodach i życiu,
Słyszałem tylko, że przybył ze Wschodu
Tureckim statkiem od stron Carogrodu.
Żeby był Turkiem, z twarzy się nie zdaje,
Zna chrześcijańską mowę i zwyczaje -
Pewnie skruszony jaki apostata
Dziś opłakuje przeszłe błędów lata.
Tylko że świętych obrazów się lęka,
Przed Pańskim chlebem i winem nie klęka;
Dał wielki skarbiec, który może złupił ,
I tym gościnność w klasztorze zakupił .

Lecz gdybym ja był na miejscu przeora,
Albo bym wygnał tego kalajora,
Albo w pokutnej zamurował celi,
Tak żeby o nim ludzie nie wiedzieli.
Często on marzy, bezprzytomnie gada
O pięknej pannie, która w morze wpada,
Słyszy szczęk mieczów, strzały nad opoką
I widzi Turka konające oko.
Ilekroć na tym wierzchu skały stawa,
Grozi mu z dołu jakaś ręka krwawa, -
On sam ją widzi i, czyja, pamięta;
Ręka pałaszem od ciała odcięta
Wystaje z ziemi i kiwa nań w dali,
A żeby skoczył ze skały do fali.
* * *
Spod mnichowskiego czarnego kaptura
Świeci jak z grobu źrenica ponura,
Czasem z ukosa błyskawice ciśnie
I całą burzą dawnych lat zabłyśnie;
Barwa tych oczu co chwila się mieni.
Chcą ją uważać widzowie zdziwieni
I wnet uczują ten urok spojrzenia
Wymowny, trudny do wypowiedzenia,
Cechę umysłu, co niezgięty w dumie
Zna swoję wyższość i pokazać umie.
A jako ptaszek, gdy go wąż urzecze,
Trzepioce skrzydłem, ale nie uciecze,
Tak widz ujęty w sidła jego wzroku
Chce i nie może rozerwać uroku.

Przed nim wpół trwożny braciszek umyka,
Kiedy samego przypadkiem spotyka;
Bo on swym wzrokiem i gorzkim uśmiechem
Zaraża wszystkich boleścią i grzechem.
Przecież zbyt rzadko uśmiechać się raczy,
Śmiejąc się , tylko urąga rozpaczy.
Poruszy usta i drżące wnet przytnie;
Widać , że radość już w nich nie zakwitnie
I że uczucie wzgardy i niedoli
Już nigdy szczerze śmiać się nie dozwoli.
I tak też było - trupie jego śmiechy
Nie są poczęte z serdecznej uciechy.
Okropne lica! jakież być musiały,
Kiedy za młodu namiętnie gorzały? -
Wiek jeszcze wszystkich rysów nie pozgładzał ,
Tylko szpetnymi piękne poprzegradzał ;
Jeszcze niekiedy rumieniec w nich pała,
Znaczno, że dusza nie całkiem sczerniała.
Gmin widzi tylko w tym posępnym oku
Świadectwo zbrodni i pieczęć wyroku;
Pilniejszy badacz odgadnie z wejrzenia
Wielkość umysłu, zacność urodzenia,
Dary, niestety, zbyt źle umieszczone,
Skalane zbrodnią , smutkiem przetrawione.
Był to przybytek nie podły, nie mały,
Gdy w nim tak wielkie zalety mieszkały;
Dziś został pustym, lecz poważnym gmachem,
Ludzie nań lubią poglądać ze strachem.
Chaty bez dachów w pustkach widzi co dzień

I rzadko do nich zagląda przechodzień ;
Lecz wieża, legła w szturmie albo w burzy,
Co się czarnymi ruinami chmurzy,
Wzbudza podróżnych dumania i żale;
Z łamane łuki, opuszczone sale
Wiele o dawnej powiadają chwale.
* * *
W długiej kapicy fałdy obwinięty,
Z cicha przez kolumn przesuwa się rzędy,
Straszy patrzących i sam strachem zdjęty
Staje i patrzy na święte obrzędy;
Lecz gdy się ozwał u ołtarza dzwonek,
Księża uklękli - cofa się w przysionek.
Tam przy niepewnym pochodni promieniu
Twarz jego blada połyska się w cieniu,
Tam będzie czekał , aż się nieszpór skończy,
Słucha śpiewania, lecz głosu nie łączy.
Patrz! tam cień rzuca na bielone ściany.
Kaptur opadły i włos rozczochrany,
Gęsty i czarny bezładnie się wije,
Jakby Gorgona swe najbrzydsze żmije
Wyrwawszy z głowy splotła mu na skronie;
Bo ten kalajor, choć mieszka w zakonie,
Ślubu nie zrobił ; więc nie strzyże głowy
I nosi włosy jak człowiek światowy.
Kapicę przywdział jako inne mnichy;
Dał skarb na kościół , lecz zapewne z pychy;
Nie z pobożności, hojnie kościół nadał ,
W którym ni razu pacierza nie gadał .

Tam - patrz na niego - w dzwonek uderzono,
Wszyscy uklękli, sakrament wzniesiono;
Stoi jak posąg, i widać z postawy
Wyraz rozpaczy, wzgardy i obawy.
Ratuj nasz kościół , o święty Bazyli!
Bośmy na karę bożą zasłużyli,
Żeśmy takiego grzesznika wpuścili.
Jeżeli zły duch czasem sobie sprawia
Człowieczą postać , on tak się objawia.
Te oczy jego, na słowo kapłańskie,
Nie są niebieskie ni ziemskie - szatańskie!
* * *
Serce zbyt czułe - do kochania skłonne;
Lecz nie zna, co to kochanie dozgonne,
Długie cierpienia dzielić siły nie ma,
Długich z rozpaczą walek nie wytrzyma;
A twarde serce gdy miłość skaleczy,
Tej rany nigdy już czas nie uleczy.
Jako rodzimy kruszec od płomienia
Wprzód się rozżarza, niźli zaczerwienia,
Wrzucony w pieca płomieniste jamy
Zgina się , miękczy, lecz zawsze ten samy;
A potem wedle sztukmistrza rozkazów
Służy do dania lub odbicia razów,
Albo pierś twoją przed śmiercią zastawi,
Albo pierś wroga śmiertelnie zakrwawi;
Lecz gdy raz śmierci ukuto narzędzie,
Ten, kto je ostrzy, niech ostrożnym będzie!
Tak ogień uczuć i sztuka kobieca

Najtwardsze serca zmiękcza i roznieca;
Lecz raz nagięte, zmianom nie ulegnie
I pierwej pęknie, niźli się odegnie.
* * *
Jeśli cierpiących samotność ogarnie,
Przerwa mąk tylko powiększa męczarnie;
Pustą pierś czując otchłanie dokoła
Chce je zaludnić i o boleść woła;
Bo nie dzielone - każde czucie nudne,
I szczęście samo do zniesienia trudne!
Serce w cierpieniach gdy samotność widzi,
Chcąc mieć pociechę wszystkich znienawidzi.
I jest to serce jak człowiek w mogile,
Gdyby z letargu zbudził się na chwilę
I czuł z wzdrygnieniem, że robactwo toczy
Od żyłe jego oblicze i oczy,
I nie miał siły bronić swych wnętrzności
Od tych szkaradnych, niespodzianych gości.
To serce jest jak pelikan, gdy leci
Przez obszar pustyń do gniazda, do dzieci,
Krew swą gotowy na żywność im przelać ,
Życie z głodnymi nieskąpy podzielać ;
Już dziobem piersi rozranił szlachetne
I widzi tylko swe gniazdo - bezdzietne.
Najsroższe męki, które nędzni znoszą ,
Samotnej duszy zdają się rozkoszą ,
Sierocej, stepem otoczonej dzikim,
Trawiącej czucia nie dzielone z nikim.
Któżby był niebios ciekawy widoku

Bez słońca i bez żadnego obłoku? -
Lepiej jest płynąć , choć się niebo chmurzy,
Niż morskiej nigdy już nie doznać burzy
I gdy żywioły zakończyły wojnę ,
Być wyrzuconym na brzegi spokojne,
W pustą zatokę i bez towarzyszy
Późnego zgonu czekać w wiecznej ciszy;
Lepiej raz przepaść w zaburzone fale,
Niźli żyć gnijąc po trochu na skale.
* * *
"Tyś dni twe przeżył , ojcze spowiedniku,
Licząc różańce, prawiąc msze bez liku,
Za cudze zbrodnie błagając gniew boski,
A sam nie znając zgryzoty ni troski,
Prócz smutków krótkich, zwyczajnych w tym życiu;
Siwy, spokojny, jak byłeś w powiciu!
Przeraża ciebie walka uczuć dzika,
Ilekroć zajrzysz w serce pokutnika,
Choć jego skargę , jego łzę żałośną
Przyjmujesz w duszę czystą i litośną .
Moje dni krótkie na płaczu padole,
Obfite w rozkosz, lecz płodniejsze w bole -
Przecież pomiędzy rozkosze i trudy
Przeszedłem życie nie doznawszy nudy;
Na ucztach, w bojach, z kielichem, z kindżałem,
Zawsze spokojność gnuśną pogardzałem.
Dziś nic nie kocham ani nienawidzę ,
Pychy nie czuję , nadziei nie widzę ;
A dzisiaj jeszcze wolałbym być gadem

I pod klasztorem pełzać strasząc jadem,
Niż być wskazanym w cichym mniszym stanie
Na modlenie się i na rozmyślanie.
Przecież spoczynku nadzieja mnie łechce,
Chciałbym mieć pokój, ale go czuć nie chcę .
Wkrótce się wszystko skończy tak, jak życzę ,
Zasnę w mogile nie marząc, czym byłem;
Choć moje życie zda się tak zbrodnicze,
Gdybym mógł odżyć , żył bym tak, jak żyłem.
Dziś w mej pamięci, jak w ciemnej mogile,
Leżą już zmarłe mych rozkoszy chwile;
Lepiej by dawno leżeć razem z niemi,
Niż ciężką włóczyć tęsknotę po ziemi.
Nigdy mój umysł nie upadł na męstwie
W długim i strasznym żywota męczeństwie,
Sam dobrowolnie w grób się nie położę ,
Jak dawni głupcy lub dzisiejsi tchorze.
Ze śmiercią nieraz spotkałem się z bliska;
Chętnie bym poległ śród pobojowiska,
Gdybym rycerskim mógł oddychać szałem
I kochał sławę , jak piękność kochałem.
Lecz jam nie walczył dla oklasków gminu,
Nie dbam o zdobycz lub stratę wawrzynu,
To innych dzieło; niech rzną się żołdacy
Dla wielkiej sławy lub nikczemnej płacy.
Ale mnie dzisiaj jeszcze niech poruszy
Przedmiot prawdziwie godny mojej duszy,
Niech mam przed sobą kochankę lub wroga;
Choćbymi groził i miecz, i pożoga,

Gdy serce mścić się lub bronić rozkaże,
Na miecz i ogień jeszcze się odważę .
Bo mężny na śmierć ze wzgardą poziera,
Nędzarz jej pragnie, tchórz się jej wydziera.
Kto mi dał życie, niechaj je odbiera;
Ja śmierć bez trwogi spotykałem nieraz,
Gdym był szczęśliwy i dumny - a teraz?
Kochałem, ojcze - o, nie - ubóstwiałem -
Lecz to są słowa, słowo często kłamie -
Ja miłość moją czynem pokazałem:
Przypatrz się rdzawej na tym mieczu plamie,
To jest krew dawna, dotąd się nie starła,
Przelana dla tej, co dla mnie umarła.
Krew ta dobyta z serca mego wroga.
Nie trwoż się , księże, nie wznoś rąk do Boga,


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Giaur - streszczenie
2  Charakterystyka Giaura
3  „Giaur” jako powieść poetycka



Komentarze: treść Giaura

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 





Streszczenia książek
Tagi: